Maroko, Tizi Mzik

hop do góry

4 maja 2009; 4 660 przebytych kilometrów




tizi mzik



Dziś dzień dość leniwy, choć zaplanowałyśmy spacer po górach. Ponieważ nie mamy mapy, idziemy na czuja, po prostu strumykiem do góry (nie znalazłyśmy ścieżki, a może to właśnie jest ścieżka?). Kazali iść do góry, to idziemy :)

Ścieżki nie ma, a gdzie tam, wody pełno, miejscami ciężko przejść bez porządnych butów (to jedyny dzień, gdzie żałuję, że jednak nie mam z sobą treków). A miał być luzik ;) Ale co tam, bardzo mi się podoba, co by to była za frajda iść wydeptaną ścieżką?
Po drodze spotykamy pasterzy pasących owieczki. Jeden nakrył się kapturem i śpi. Kawałek dalej przysiadamy na chwilę, mijają nas faceci, którzy nigdzie się nie spieszą, zbierają chrust, rozmawiają z sobą, mówią nam dzień dobry :) Jest bardzo miło i spokojnie, cudny wypoczynek!
Wchodzimy kawałek wyżej i znów chcąc, nie chcąc, musimy się zatrzymać. Spotykamy karawanę turystów z przewodnikami i osiołkami. Przewodnicy częstują nas pyszną miętową herbatką, wypytują, co tu robimy i niezmiernie są zdziwieni, że nie mamy przewodnika, że my tak same w góry ;) A po cóż nam przewodnik, droga prosta jak strzelił, zabłądzić nie sposób. Bardzo mi miło, bo w ten sposób można poznawać prawdziwy kraj :) Dziwię się tylko trochę, że grupka turystów siedzi osobno...

Idziemy znów w górę. Teraz już ścieżką, która jakimś cudem się jednak odnalazła. Drzewa zostają za nami, trochę tu tylko krzaków. I tyle pięknych kamieni! Nie mogę się powstrzymać i co chwilę schylam się po inny kamień, szukam w środku świecidełek. I w niektórych je znajduję :) Są to maleńkie kryształki, ale i tak mam radochę i teraz już jestem przekonana, że można tu niezłe skarby znaleźć. Oczywiście skarby dla kogoś, kto się geologią interesuje ;)
Coraz ciężej nam się idzie, zatrzymujemy się co kilka kroków. Ale chcemy dojść choć do przełęczy, którą widać nad nami. Obok, po stoku pogina dwóch miejscowych. Ech, co za kondycha! ;)
Udało się, jesteśmy z Izą na przełęczy! Jest przepięknie, z obu stron cudne widoki. Spotykamy kolesia z Marrakeszu, który przyjechał po górach połazić. Mówi, że jesteśmy na 3 tyś. metrów, ale chyba jednak jest tu trochę niżej. Tak wynika z mapy i z tego, co mówi nam później nasz gospodarz.
Najchętniej po prostu poszłabym dalej przed siebie! Ale nic z tego, trzeba wracać, bo już popołudnie, Magda czeka kawałek niżej. Schodzimy, a tu nachodzą chmury, niedaleko zaczyna grzmieć. Pędzimy w dół, choć to niełatwe, bo na ścieżce pełno małych ruchomych kamyczków, czasem mam wrażenie, że za chwilę zjadę w dół. A moje treki spokojnie leżą w domu ;) Na szczęście burza przeszła po drugiej stronie górek, wychodzi słonko i pięknie maluje brązowe górki na ciepło złoto. A ja znów nie mogę się nacieszyć, że mogę tu być!
Dalej idziemy już spokojnie, piękną ścieżynką. Z lewej mamy górę, z prawej urwisko, widać też już naszą wioskę, która z tej wysokości wygląda jeszcze piękniej, niż wczoraj.

W domu dostałyśmy herbatkę, dziewczyny zjadły po zupie. Syn gospodarza zaprosił mnie na górę, do ich kuchni, żebym zobaczyła, jak się tadżin gotuje. Super!
Zaczęłyśmy wypatrywać naszej ekipy, która powinna już wracać z Toubkala. Wreszcie o siódmej są! :) Opowiadają jak było, okazało się, że tylko trzy osoby dotarły na sam szczyt, widoków nie mieli, bo pogoda niezbyt dopisała. Na górze śnieg, więc raki się im przydały. Chyba w sumie nie żałuję, że nie poszłam z nimi ;)